Dlaczego zabraliśmy pięciolatka zimą do Berlina?

Wojtek to syn mojej siostry. Żywiołowy, nieco nadpobudliwy i, jak większość dzieci w tym wieku, szybko tracący zainteresowanie aktualnym „obrazkiem”. Obiecany Berlin ze swoimi ruchliwymi ulicami, kolorowymi światłami i pewną egzotyką, mógł zatem spełnić oczekiwania chłopca ze Śląska. Ale zimą?

Zimą temperatury w Berlinie są podobne jak w Polsce. Jest po prostu chłodno, więc o dłuższych spacerach po śródmieściu czy parkach można zapomnieć. Z drugiej strony wyjazd miał być niedrogi, bo krótko przedtem zostałam sama na mieszkaniu i każde oszczędności się liczyły.

Przypadek zdecydował, że poszukując na polskim portalu aukcyjnym okazyjnych staroci z Berlina (pocztówek, map, książek), trafiłam na ofertę dwóch trzydniowych kart rabatowych Berlin WelcomeCard. Wystawiająca je kobieta, z żalem informowała o wypadku losowym, który uniemożliwił jej rodzinny wyjazd do Berlina. Było to tuż przed świętami Bożego Narodzenia, a karty miały ważność tylko do końca roku. Trzeba było szybko działać. Okazyjna cena, zakup i decyzja, że pojedziemy do Berlina (ja, po świętach w Polsce) tuż przed Nowym Rokiem.

Poświąteczny Berlin – warto jechać?

Poświąteczny Berlin wcale nie jest taki poświąteczny. Owszem, w niektórych miejscach widać zwijające się stragany, ale wciąż otwartych jest kilka dużych jarmarków, można zjeść tradycyjne wypieki, wypić grzane wino czy gorącą czekoladę. Przecen dużych nie ma, chyba, że ktoś szuka świątecznych dekoracji na kolejny rok. Wyeksponowane do tej pory na pierwszym planie bombki czy mikołajki chowają się teraz za pakietami konfetti i stosami świecących okularów z plastiku. Ulice nadal skrzą się świątecznym blaskiem, centra handlowe dalej spowite są w sieci ledowych światełek, a tu i ówdzie przemyka spóźniony renifer lub bałwan. Słowem, jest klimat, a i ludzi jakby nieco mniej. Ale tylko przez chwilę – Sylwester przecież za pasem.

Co daje nam karta Berlin WelcomeCard?

Berlin WelcomeCard to jedna z rabatowych kart turystycznych, oferująca zniżki do wielu obiektów. Pełni również funkcję biletu komunikacji miejskiej. Czy taką kartę opłaca się kupić w każdym przypadku, można przeczytać i porównać na tej stronie. Dla mnie ważne było, że zniżki i udogodnienia dorosłego posiadacza karty obejmują również dzieci, i to w liczbie do trzech. Najważniejsza jednak była oszczędność, wynikająca z codziennego zakupu biletów na transport publiczny. Podsumowując, jeszcze pięć klonów Wojtków załapałoby się na nasze karty. Piszę nasze, ponieważ na wyjazd z pomocą zaoferowała się moja mama, czyli babcia Wojtka i jego ewentualnych klonów.

Trzy dni – trzy atrakcje

Nie rozpieszczaliśmy za bardzo naszego klona (chwilami naprawdę miało się wrażenie, że zamiast jednego, mamy pod opieką trzech Wojtków). Trzy dni – trzy atrakcje, drobne przyjemności na mieście (ach te alergie i uczulenia), główne posiłki w domu. Wybrane zostały:

  • Akwarium przy Zoo (25%)
  • Muzeum Przyrodnicze (38%)
  • Legoland Discovery Center (30%)

Wszystkie trzy miejsca sprawdziły się doskonale w przypadku pięciolatka i sprawdzą się w każdym innym wieku, poza Legoland Discovery Center. Odwiedzałam je z wycieczkami i indywidualnymi gośćmi wiele razy i granicę zainteresowania ustawiłabym na maksymalnie 10 lat. Przy dzisiejszych parkach rozrywki, jakie mamy również w Polsce, to miejsce może sprawiać wrażenie dość skromnego i niestety chaotycznego. W akwarium i muzeum spędziliśmy po dwie godziny, w Legolandzie cztery.

Akwarium z małym odkrywcą

Atrakcyjność berlińskiego akwarium polega na tym, że jest to jednocześnie pawilon dla gadów, płazów i insektów. Zimą jest przyjemnie ciepło i wcale nie ma tak dużo odwiedzających, można spokojnie stanąć przed każdą szybą. Mnóstwo ryb o dziwacznych kształtach i różnorodnych kolorach kusi, by powiedzieć dziecku o nich trochę więcej, ale nie znając niemieckiego, trzeba polegać na własnej obserwacji i wiedzy. Gdzieniegdzie są specjalne wywieszki z informacjami dla najmłodszych odwiedzających, również w języku niemieckim (i angielskim). Na szczęście nasz pięciolatek zadowolił się podstawowymi faktami. Jego przyrodnicze zainteresowania rozbudzały w tamtym czasie tylko dinozaury.

Akwarium, Berlin z dziećmi Joanna Maria Czupryna, Przewodnik po BerlinieW Akwarium nie ma wielu „pułapek”, typu automat z plastikowym badziewiem na każdym kroku, również sklep na końcu zwiedzania nie zainteresował zbytnio małego eksploratora. Może przez mnogość książek w witrynie. Karpie koi, pływające w basenie w holu wejściowym, też nie obudziły krwiożerczych instynktów, mimo, że można je było głaskać. Głaskać, nie stukać palcem.

Muzeum Przyrodnicze – mus dla fanów dinozaurów

W naszej rodzinie książki z dinozaurami i figurki gadzin były zawsze towarem przechodnim. Wędrowały od jednej ciotki do drugiej, kiedy akurat ich pociechy były na etapie fascynacji prehistorią. Również Wojtka to nie ominęło. Oczywiście pięciolatek nie będzie gapił się godzinę w szkielet dinozaura, podziwiając układ kości czy wielkość łopatki gada. Ale już animacje, w których taki szkielet „ubiera się” w mięśnie i skórę – owszem. Wizualnie sprawdziła się też sala z wypchanymi zwierzętami, chociaż nie na długo. Powiększone insekty to w tym wieku jeszcze abstrakcja, ale różnorodne, kolorowe minerały jak najbardziej przyciągnęły wzrok na dłużej. Chwilę odpoczynku może tu dać projekcja o kosmosie w jednej z sal, gdzie można położyć się na okrągłej sofie (ekran zawieszony jest pod sufitem). Żeby zająć sobie miejsce, trzeba od razu usiąść po skończonej projekcji i zaczekać kilka minut. Dla pięciolatka o kilka minut za długo, oczywiście. No i dodatkowo odbywająca się w tym czasie impreza urodzinowa wzbudziła konieczność tłumaczenia, czemu nie można przyłączyć się do zabawy.

Legoland Discovery Center – ostrożnie

Na pierwszy rzut oka, miejsce to wygląda niezwykle interesująco. Patrząc na kolorową mapę na stronie, można odnieść wrażenie, że atrakcji jest w bród i chyba nie wyjdzie się stąd przez cały dzień. Któż w końcu nie lubi klocków Lego? (Wiem, wiem, rodzice, którzy niespodziewanie nadepnęli na klocek).

Legoland, Berlin z dziećmi Joanna Maria Czupryna, Przewodnik po BerlinieRzeczywistość jest trochę inna, stąd moja powyższa uwaga o ograniczeniu wieku. Przy  jednej rodzinie miałam nawet dziewięciolatka, który po pół godzinie stwierdził, że „już wszystko obejrzał i możemy iść”. Pięcioletni Wojtek chłonął jednak obrazy, jeden za drugim, już od samego początku. Kolejka z wagonikami w kształcie smoków bardzo przypadła mu do gustu i podziałała na wyobraźnię, wspomaganą odpowiednimi odgłosami babci, która usiłowała rozmawiać z każdym stworem i duchem po drodze. Nie był wystraszony. Berlińskie znane budowle z klocków minął szybko, chociaż starałyśmy się zwrócić jego uwagę na detale (to miejsce to naprawdę ciekawa atrakcja, zwłaszcza po spacerze w mieście). Potrzeba aktywności pięciolatka ujawniła się na niewielkim placu zabaw, ale po przejściu trasy z pięć razy, co trwało około 15 minut, zabrakło wyzwań. Pora zatem zabrać się za budowanie samochodzików i testowania ich na pochyłej rampie. Najlepiej razem z innymi. Ponownie, po trzech próbach, dziecięcy umysł stwierdził, że najlepiej to puszczać samą podstawę na kółkach. To dopiero frajda, bez męczenia się ze składaniem nadwozia. Więcej uwagi Wojtek poświęcił budowaniu wieży i sprawdzaniu jej odporności na trzęsienia ziemi. Może dlatego, że do zabawy włączyła się ciotka i była pewna rywalizacja.

Legoland, Berlin z dziećmi Joanna Maria Czupryna, Przewodnik po Berlinie

Legoland, Berlin z dziećmi Joanna Maria Czupryna, Przewodnik po BerlinieTajemnicza Fabryka Klocków Lego ma ograniczoną przestrzeń, dlatego na raz wpuszczane jest jedynie kilkanaście osób. Czasem trzeba odczekać swoje. W okresie świątecznym atrakcja zmienia się w Fabrykę Świętego Mikołaja i jest ładnie przystrojona. Kiedy się czeka i pracownik otworzy w końcu te wielkie, magiczne drzwi, oczekiwania też są ogromne. Wewnątrz przedstawiana jest produkcja klocków, aż do otrzymania finalnego produktu. Dużo tu zależy od animatora i niestety spotkałam już kilku, tak śmiertelnie znudzonych swoim zajęciem, że aż szkoda tych ciekawskich dzieci. Zdarzył się również niezbyt przyjemny incydent, kiedy dziecko wpuszczone do środka, podbiegło do jednej z maszyn i nacisnęło guzik. Reakcja animatorki była bardzo przesadzona (prawie je skrzyczała) i atmosfera do końca pokazu była nieprzyjemna. Maszyny nie są prawdziwe, tyko specjalnie zaprojektowane, by w bajkowy sposób ukazać prostotę produkcji w kilku etapach. Po naciśnięciu guzika ogląda się odpowiedni proces za szybką. Tylko tyle, nikomu nie może stać się przy tym krzywda. Koniec pokazu wieńczy otrzymanie pamiątkowego klocka z logo, a dla pomocnika animatora dodatkowy kupon rabatowy na zakupy w sklepie. Pokazy odbywają się w języku niemieckim, czasem uzupełnianym angielskim.

Legoland, Berlin z dziećmi Joanna Maria Czupryna, Przewodnik po BerlinieKolejną atrakcją, na którą trzeba trochę poczekać, jest czterowymiarowe kino. To moim zdaniem najmocniejszy punkt całego centrum. Bohaterami filmów są oczywiście ludziki Lego w trójwymiarowej animacji. Efekty specjalne wzmacniają podmuchy powietrza i drobny prysznic. Filmy nie wymagają znajomości języka.

W międzyczasie, w Legolandzie pojawiła się karuzela Merlina, w której im szybciej się pedałuje, tym wyżej się wznosi. Korzystać z niej mogą dzieci od lat 4, które mają więcej niż 105 cm wzrostu. Jednak dzieci poniżej ośmiu lat i 130 cm wzrostu tylko pod opieką dorosłego.

Berlin zimą – co jeszcze?

Wybierając się z dziećmi zimą do Berlina, dobrze jest zaplanować wcześniej pobyt, bo spontaniczny spacer Aleją pod Lipami czy Kurfürstendamm może skończyć się ostrym protestem naszej małej pociechy. Ba, miałam dorosłych gości, którzy zaraz po wyjściu z hotelu, proponowali zamianę na wycieczkowy autobus przez miasto. Z pięciolatkiem zimą można śmiało udać się do Niemieckiego Muzeum Techniki, SEA LIFE, odwiedzić sklep z czekoladą Rausch przy Gendarmenmarkt. W okresie adwentowym warto zajrzeć do foyer Europa Center (bajkowy świat) a przez cały rok, jeśli jesteśmy w nastroju, także do salonu Käthe Wohlfahrt przy Kurfürstendamm (świąteczne dekoracje i ozdoby).

Pamiętam, że jadąc pociągiem koło jarmarku świątecznego za centrum handlowym Alexa, musiałam odwracać uwagę małego od światełek i karuzel, gdyż większość atrakcji i tak nie była dla niego. Przeżyciem samym w sobie okazała się przejażdżka metrem, piętrowym autobusem i niecodzienne spotkania. „Babciu, tam stoi Murzynek” – to reakcja na widok czarnoskórego chłopca w metrze. Duże ograniczenia alergiczne sprawiły, że nie poszaleliśmy za bardzo ani na jarmarkach ani w sklepach. Szkoda ciągać dziecko, gdy nie mogło ono jeść czekolady, wypieków, żelek czy prażonych orzechów, itd.

Wrażenie zrobiły za to wizyta w podświetlonym Sony Center oraz w sklepie Euroshop (wszystko za 1 euro), gdzie mógł sobie wybrać kilka zabawek dla samej radości wybierania. Wiadomo, że rzeczy z Euroshopu nie są pierwszej jakości, ale właśnie minęły święta z bogatym mikołajem, więc na pamiątkowy drobiazg plus magnes dla mamy wystarczyło z „wycieczkowego”.

UDOSTĘPNIJ
Magister Polityki i Ekonomiki Turystyki, ukończonej w 2002 roku na Akademii Ekonomicznej w Poznaniu (obecnie Uniwersytet Ekonomiczny). Autorka przewodnika po Berlinie "Berlin 3w1", wydanego w 2009 roku, nakładem wydawnictwa ExpressMap w Warszawie. Przewodnik po Berlinie i Poczdamie od 2004 roku.